- Lubisz mnie?
- Nie.
- Dlaczego…?
- Bo cię kocham.
Słodko-gorzkie
wspomnienia, które wywołują uśmiech, gdy nachodzą mnie myśli w środku nocy. „Bo
Cię kocham” było kiedyś odpowiedzią na wszystko i załatwiało wszelkie problemy,
i wywoływało takie ogromne ukłucie radości. Sporo się jednak zmieniło…
Przewróciłam się na
drugi bok i spoglądałam, oddychając lekko, w jeden punkt. W plamkę na szarym
niebie, która powoli zaczynała rosnąć.
I do wszystkich przychodzi wschód słońca.
Wpatrywałam się w ten
punkt, aż w końcu poczułam przeszywający ból serca, zadrżałam, a w oczach
pojawiły się łzy. Odetchnęłam głęboko i przymknęłam je, a słona ciecz spłynęła
po moim policzku i skończyła swą wędrówkę w kąciku ust. Zlizałam ją, by poczuć
słony smak swych łez.
Słodko-gorzkie wspomnienia skazane na zapomnienie. Nie było innego
wyjścia.
- Przedstaw się.
Spoglądało na mnie
dwadzieścia osiem par zaciekawionych oczu i jedne znudzone, które po chwili za
swój obiekt zainteresowania obrały krajobraz znajdujący się za oknem. Sala, w
której się znajdowaliśmy, była wielka, a na kamiennych ścianach znajdowały się
portery ludzi, którzy poruszali się w nich,
zupełnie jakby prowadzili swoje własne życie. Uczniowie byli ubrani w czarne
szaty, oraz tiary, a tylko kolory ich krawatów,
oraz naszywki mówiły, w którym domu się znajdowali. Trafiłam na
Gryffindor i Slytherin, lekcję transmutacji. Odetchnęłam więc cicho i bez uśmiechu zaczęłam
mówić:
- Nazywam się Sabina Black, jestem o rok od was młodsza. Uczyłam
się dotychczas w domu, więc poziom mojej wiedzy wyprzedził moich rówieśników,
dlatego też znalazłam się w tej klasie. Jeśli wątpicie w moje umiejętności, to
nie mój problem… przez pół roku pracowałam we francuskim Ministerstwie, jednak
mój dom to Anglia, stąd wybór Hogwartu. Póki co nie zostałam przydzielona do
żadnego domu. To chyba tyle.
Jedna, jedyna
znudzona para oczu odwróciła wzrok od okna i przyjrzała mi się, a w niebieskich
oczach błyszczała jedynie pustka. Uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech
radości, bardziej kwestia przyzwyczajenia. Nie zareagowałam jednak i usiadłam w
ostatniej ławce, sama.
- Panna Black potrzebuje kogoś, kto oprowadziłby ją po zamku
przez kilka pierwszych dni. Na razie nie wiadomo, w jakim będzie domu, ale może
któreś z was podjęłoby się tego zadania? – Oczy profesora Dumbledora, błądziły
po sali.
Kilka osób podniosło
dłonie, a ja przewróciłam oczami. Znałam to miejsce dużo lepiej, niż mogłoby
się wydawać, jednak musiałam grać. Cholernie zabawne, być oprowadzana przez
chłopców, którzy sami nie wiedzą, czego pragną i tylko cycki im w głowie.
Herponowi nigdy nie brakowało poczucia humoru.
- Tom?
Niebieskooki skinął
głową, obrócił się i spojrzał na mnie. Było coś w nim, co krzyczało niemal by
zwrócić na niego uwagę. Przeniosłam wzrok jednak na profesora i zajęłam się
lekcją, ignorując go.
Gdy zabrzmiał
dzwonek, powoli spakowałam się i poczekałam, aż uczniowie opuszczą klasę.
Profesor kazał mi zostać, a Tom – chcąc, nie chcąc – musiał zostać razem ze
mną.
- Panno Black, jest już pani zarejestrowanym animagiem, tak?
- Tak – odparłam, podchodząc do biurka. Błękitne oczy
czarodzieja wydawały się tryskać zaufaniem i dobrocią. Dwie rzeczy, których
najbardziej się obawiałam równocześnie w ludziach. Zbyt często robili coś w
imię „większego dobra” chociaż coś takiego nie istniało.
- Jako…?
- Kruk – po raz pierwszy odkąd się tu pojawiłam, kąciki ust
uniosły mi się w czymś na kształt uśmiechu.
- Wspaniale! Ptaki są najtrudniejsze, a o kruku chyba
jeszcze nigdy nie słyszałem. Mam nadzieję, że nie będzie miała pani nic przeciwko,
by zaprezentować swą umiejętność w siódmych klasach?
- J-jasne – odparłam zaskoczona. Profesor pokiwał radośnie
głową i oddalił się do swojego gabinetu, do którego prowadziły drzwi za
biurkiem, a ja zrozumiałam, że to koniec rozmowy.
Obróciłam się w
stronę drzwi i ujrzałam w nich Toma. Opierał się o framugę i spoglądał na mnie.
Podeszłam do niego i oboje w milczeniu ruszyliśmy korytarzem.
- Teraz historia magii – zaczął, gdy weszliśmy na schody. –
Uważaj! – mruknął i złapał mnie za rękę, nim zdążyłam nadepnąć na jeden ze
stopni. Wpadłam na niego.
- Merde! –
Syknęłam, gdy z torby wysypały się moje książki. Chłopak roześmiał się pod
nosem, a ja prychnęłam jedynie.
- Witaj w Hogwarcie.
Więcej ze sobą nie
rozmawialiśmy, a na lekcję przyszliśmy spóźnieni. Ze względu na liczną ilość
osób, została nam jedna ławka, w której musieliśmy usiąść razem. Po barwach
krawatów, wywnioskowałam że liczniejszą grupą są tu krukoni.
- W Mezopotamii często występowały opętania, dlatego
rozwinęły się tam doskonale zaklęcia egzorcystyczne. Opętania objawiały się
chorobą cielesną, która mogła być wyleczona tylko przez maga – egzorcystę…* -
Głos nauczyciela, którego nazwiska nie zdążyłam poznać, spokojnie rozchodził się
po klasie, a niemal wszyscy uczniowie leżeli na ławkach, pochrapując cicho. Nie
zauważył więc, że przyszliśmy, ani że jest już po dzwonku.
Oparłam w końcu
głowę o swoją torbę leżącą na ławce i powoli zaczęłam przysypiać. Poczułam
jednak, jak mój sąsiad z ławki mnie szturcha. Spojrzałam na niego
nieprzytomnie, a on jedynie podsunął mi skrawek pergaminu pod nos.
Nie pytasz o nic, nie interesuje Cię, gdzie
trafiłaś?
Pokręciłam głową w
odpowiedzi, a następnie zabrałam mu pióro i odpisałam.
Wszystko co chciałam wiedzieć, już wiem.
Uśmiechnął się, gdy
to zobaczył. Podałam mu pióro.
A schody?
Na samo wspomnienie
uśmiechnęłam się pod nosem i kopnęłam go pod ławką. Otworzył usta w niemym
krzyku.
- Panie Riddle i panno…! – Profesor spoglądał na nas z
naganą w oczach. Wszyscy obrócili się, a my oboje udaliśmy znudzonych, chociaż
miałam ochotę się roześmiać.
- Black, panie profesorze – podpowiedziałam mu, spoglądając
na niego chłodno.
Zauważyłam jednak
jedną rzecz wśród uczniów. Niemal wszyscy krukoni, gdy zauważyli o kogo chodzi,
obrócili się ze strachem w oczach z powrotem w kierunku tablicy, a pozostali
spoglądali na mnie. Jednak ślizgoni niemal z czcią wbijali oczy w mojego
sąsiada. Po kilku sekundach jednak wszyscy się uspokoili, a lekcja wróciła do normy.
Jesteś kimś ważnym?
Być może.
Wiedziałam, kim był.
Herpon mi to bardzo dobrze wyjaśnił. Nikt jednak nie wiedział, kim byłam ja i
na tym miało to polegać. Zerknęłam w stronę Toma i uśmiechnęłam się kącikami
ust, do tych pustych, niebieskich oczu.
W końcu miałam tu zadanie do wykonania.
- - -
* Pochodzi z kogoś bloga.
Cześć i czołem! :) Prolog do tego opowiadania istnieje (nasza-historia.mylog.pl). Dawno nie pisałam, także wybaczcie :o Postacie się pojawią, albo i nie, w zależności od humoru i w ogóle.
Indżoj :D
Dla Gabi, na pocieszenie, to nic że jesteś bardziej psychiczna i tak Cię kochamy! :D
Z tego co wiem w Hogwarcie nie było dzwonków...
OdpowiedzUsuń